Świętowanie Barbórki

Świętowanie Barbórki ma niemal zawsze taki sam przebieg. Przynajmniej u mnie. Rano, od 36 lat,  msza w Ornontowicach, bo tam jest mój “Budryk”, potem spotkania, czasem jakaś oficjalna akademia, ale zawsze jest czas na refleksje i wspomnienia. Tym razem, w ramach refleksji, zadałem sobie pytanie; kto mnie tego górnictwa tak naprawdę nauczył. Zakładając nieskromnie, że coś umiem, podstawową prawdą jest to, że najwięcej nauczyli mnie podwładni!, trochę przełożeni, a najmniej nauczyciele szkolni i akademiccy. 
Pierwszym nauczycielem teorii górniczej była wykładowczyni przedmiotu “górnictwo” w Technikum Górniczym w Zabrzu, Pani Podolakowa. Ta przemiła Pani nigdy nie pracowała, co oczywiste, pod ziemią, nigdy nie była w ścianie ani filarze pod ziemią, ale posiadała wzorową zdolność śledzenia literatury, co nam rzetelnie przekazywała. Z przedmiotów wykładanych w technikum, bardzo użyteczna była geologia i, co niespodziewane dla mojej specjalności, którą była eksploatacja podziemna złóż - elektrotechnika. To właśnie ta elektrotechnika była bazą wiedzy dla późniejszego sztygara w oddziale wydobywczym, gdzie odstawa urobku ze ściany do ładowni składała się z 7-12 przenośników, które nigdy nie chciały jechać razem, ale dzięki elektrotechnice wiedziałem dlaczego, chociaż nic z tą wiedzą nie potrafiłem zrobić, bo rządzili elektrycy. 
Na uczelni nauczyłem się niewiele. I to nie dlatego, że studiowałem w systemie wieczorowym pracując jednocześnie przez prawie 5 lat tylko na zmianę nocną, ale chyba za sprawą bezużytecznych programów nauczania. Najwięcej wiedzy wyniosłem z mechaniki górotworu i miernictwa górniczego. 
Wsród przełożonych wyróżniam przede wszystkim czterech. Pierwszym był późniejszy Minister Górnictwa Jan Szlachta, wówczas dyrektor Kopalni “Knurów”, który był mistrzem socjotechniki i geniuszem w kontaktach z załogą. Kolejnym był mój dyrektor w Kopalni “Sośnica”, a dziś mój sąsiad, inżynier o niewyobrażalnej wiedzy praktycznej, zwłaszcza w zakresie pożarów podziemnych i projektowania eksploatacji podziemnej. Miał on zwyczaj zabierania swoich podwładnych na objazdy pod ziemią, podczas których zadawał wyjątkowo trudne pytania - wyłącznie techniczne. Kiedy po przejściu ścianą zbliżaliśmy się do dolnej wnęki i byłem już dumny z udzielenia prawidłowych odpowiedzi na 7 pytań, dyrektor zadał mi ósme pytanie, chyba chodziło o moc silników i naprężenie łańcuchów w przenośniku ścianowym - czym mnie zdyskwalifikował. Jego argumentacja była typowa dla kadr górniczych w latach 80., a mianowicie powiedział, cytuję: “wiedziałem, że tego nie wiesz, bo przecież jesteś po Politechnice w Gliwicach”. On był po AGH w Krakowie. Kiedy po latach, korzystając z sąsiedztwa, zapraszał mnie na wspólny spacer z psami, powiedziałem “pójdę z Panem, ale pod warunkiem, że nie będzie Pan mnie egzaminował, na co on: “to pan minister myśli, że znowu czegoś nie wie?” I miał rację. 
Wyjątkową wdzięczność za naukę mam do mojego przełożonego w Kopalni “Szczygłowice”, wówczas Kierownika Robót Górniczych Pana Romualda Studenta. Nie za wiedzę i cierpliwość, ale za sposób nagradzania. A było tak. Byłem sztygarem ścianowym w oddziale wydobywczym i po nocnej zmianie kąpałem się pod prysznicem w łaźni dozoru niższego. Stojąc namydlony, gdy w parze z gorącej wody zauważyłem jak przez drzwi wahadłowe wszedł inżynier Student i zwrócił się do mnie; “opłucz się i przyjdź do biura po skierowanie na egzamin do Urzędu Górniczego na sztygara zmianowego, bo dobrze ci idzie, może coś z ciebie będzie” Nigdy więcej nie awansowałem nago ani pod prysznicem. 
Ostatnim przełożonym w moim górniczym życiorysie był Premier Włodzimierz Cimoszewicz. Była noc, na “Bielszowicach” zabiło pięciu górników, sześciu było zasypanych. Ja byłem wiceministrem odpowiedzialnym za górnictwo w Jego rządzie. O czwartej rano zadzwonił szef gabinetu Premiera z wiadomością abym był rano przed godziną ósmą w sekretariacie Premiera. Oczywiście byłem już o siódmej. Przed ósmą wszedł Premier Cimoszewicz i powiedział; “proszę, niech pan wejdzie do gabinetu”. Weszliśmy, byliśmy sami. On stał, więc ja wiedziałem, że nie ma czasu i że nie będzie ani kawy ani rozmowy. “Mam pytania; jak to się stało, kto zawinił, co należy zrobić?” Ponieważ byłem już po kilku nocnych rozmowach z prowadzącym akcję ratowniczą dyrektorem kopalni Januszem Niechwiadowiczem, wziąłem się na odwagę i powiedziałem do Premiera tak; “Panie Premierze, sądząc po tym, że obaj stoimy, to nie ma czau, zatem proszę przyjąć taką informację; przegraliśmy z naturą, nikt nie ponosi winy, robimy to, co trzeba aby uratować ludzi”. Spodziewałem się gwałtownej reakcji ze strony Cimoszewicza, ale On powiedział: “wiem, że pan się na tym zna, dlatego to mi wystarczy, proszę wziąć helikopter i lecieć na Śląsk”. Nigdy więcej nie doznałem takiej akceptacji moich kompetencji ze strony przełożonego. 
Oczywiście skarbnicą mojej wiedzy byli moi podwładni. Przywołam tylko kilka przykładów. Kiedy byłem dyrektorem Kopalni “Budryk”, moim pierwszym zastępcą, konkurentem z konkursu na dyrektora i starszym kolegą z Technikum Górniczego w Zabrzu, był Paweł. Podzieliliśmy się rolami w kopalni, ale ujął mnie zachowaniem w trakcie kierowania przeze mnie akcją ratowniczą w kopalni. Stał obok mnie w pokoju akcji i nigdy nie przejął inicjatywy, chociaż wiedział więcej, ale kilka razy powiedział - szefie, zrób tak a tak.. Trudno o lepszą lekcję lojalności w relacjach podwładnego z przełożonym. 
Najwięcej o pracy pod ziemią nauczyłem się na początku lat 70., kiedy jako sztygar przez 4 lata prowadziłem zmianę nocną w ścianie oddziału wydobywczego na KWK “Szczygłowice”. Miałem nieco ponad 20 lat. Przodowym ściany był wówczas prawie 50-letni Pan Stanisław - formalnie mój podwładny, ale de facto - przełożony. Cała moja 150-osobowa załoga ściany miała po 35-45 lat. Ściana trudna, na zawał, strzelanie stropu, pasy podsadzkowe, a na koniec podjechać “z cięciem kombajnem przez całą ścianę do góry, żeby ranna zmiana nacisnęła tylko guziki i już węgiel był na ładowni. Podczas podziału załogi, czyli felezunku, kierowałem ludzi do prac, wyznaczając im zadania. Kiedy skończyłem, a pracownicy poszli do ściany, Pan Stanisław zaczynał - bez świadków - “ty ciulu, coś ty kazał zrobić?!” I tak było co noc, przez prawie 4 lata. Po tych “lekcjach” wiedziałem o kopalni wszystko. Kilkanaście lat później, będąc wiceministrem zjeżdżałem na dół mojej Kopalni “Budryk”. Podczas wyjazdu podszedł do mnie człowiek i przekazał pozdrowienia od starszego brata, którym był Pan Stanisław, z którym nie widziałem się 20 lat. Za kilka dni była “Barbórka”. Skorzystałem z tej okazji, aby odwiedzić mojego “prześladowcę”, najlepszego nauczyciela, w Jego domu. Uzbrojony w butelkę, paczkę kołocza i kwiaty dla żony Pana Stanisława stanąłem w drzwiach Jego domu. Pan Stanisław w typowym dla siebie stylu zaczął groźnie; “no nareszcie żeś przyjechoł, bo widza cię yno w telewizorze. Ale powiedz mi, jak jo mam teraz do ciebie godać?” “Panie Stanisławie, obojętnie jak, byle nie tak jak zawsze - “ty ciulu”, bo ja jednak jestem ministrem, chociaż mimo, że tamto też może być prawdą” Takie prawo ma tylko człowiek, który nauczył mnie tego, czego nikt inny nauczyć mnie nie był w stanie i o takich naszych nauczycielach trzeba pamiętać nie tylko przy “Barbórce”.