Żyjemy na śladach górnictwa

źródło: Trybuna Górnicza

i to się w naszym regionie nie zmieni
 
Rozmowa z MARTĄ TOMCZOK, prof. dr hab. Uniwersytetu Śląskiego
Pani Profesor, niedawno była Pani w Muzeum Miejskim „Sztygarka” w Dąbrowie Górniczej i rozmawiała z byłymi górnikami kopalni Paryż. Gdzie zostaną wykorzystane te opowieści?
To materiały i rozmowy, które – mam nadzieję – wejdą do przygotowywanej książki o podziemiach górniczych. Będzie to książka o charakterze bardziej publicystycznym, reporterskim niż ściśle naukowym. Ma też związek z obchodzoną właśnie 200. rocznicą śmierci Stanisława Staszica. Sztygarka, związana z nią Kopalnia Ćwiczebna i upamiętniona przez muzeum kopalnia Paryż będą się w niej przewijać. Dąbrowa Górnicza ma, zaraz obok Kielc, niezwykle ciekawe tradycje związane ze Staszicem. Być może był w Dąbrowie, być może widział początki udostępniania złoża Redenowskiego i pokładu Reden.
W jego książce „O ziemiorództwie Karpatów i innych gór i równin Polski” pojawia się nazwa Dąbrowa, a także Jaworzno. Mówimy o końcu XVIII wieku. Z dużą, około 90-procentową pewnością możemy zakładać, że Staszic się tam pojawił i widział już początki górnictwa w Dąbrowie. To jedno z najstarszych i najwcześniej udokumentowanych górnictw w re-
gionie i w Górnośląskim Zagłębiu Węglowym – u Staszica właśnie.
Z tych rozmów z górnikami wybrzmiewa duma z górniczych korzeni?
Z rozmów – tak. Górnicy, z którymi rozmawiałam, to osoby bardzo dobrze wykształcone, które pod koniec istnienia kopalni Paryż pełniły funkcje kierownicze: dyrektorzy, inżynierowie oddziałów, geologowie mierniczy. Wyłania się z ich opowieści przede wszystkim duma z ukończenia samej Sztygarki. To ewenement na skalę polską – szkoła, która wciąż jest widoczna w Dąbrowie Górniczej jako muzeum i częściowo szkoła. Mniej może dumy jest z tego, jak samo górnictwo wybrzmiewa dziś w Dąbrowie.
Wydaje mi się, że ten temat mógłby wybrzmiewać zdecydowanie mocniej, zwłaszcza w roku Staszica. Pozytywne jest to, że tradycja emerytowanych górników kopalni Paryż jest dobrze
zaopiekowana przez muzeum.
Emerytowani górnicy zawsze z ogromnym wzruszeniem opowiadają o swoim miejscu pracy – widać to przy wydobyciu ostatniej tony węgla czy wyjeździe ostatniego wagonika. Brała Pani udział w takich wydarzeniach?
Brałam. Ostatnio w wydobyciu ostatniej tony na kopalni Bobrek. Bardzo mi na tym zależało, bo właśnie od tematu ostatniej tony zaczęła się cała moja przygoda z upamiętnianiem dziedzictwa węgla kamiennego w Polsce i z historią górnictwa w powiązaniu z kulturą. Emocje bywają bardzo różne. Realizując kiedyś projekt w ramach stypendium marszałkowskiego, nagrywałam osoby obecne przy wydobyciu ostatniej tony. Często akt zamknięcia kopalni i emocje górników nie mają wiele wspólnego z tym, co widzimy pod postacią „ostatniej tony”. Zdarzało się, jak przy zamykaniu kopalni Kazimierz-Juliusz, że część załogi była tego dnia na szkoleniach i nie mogła przeżyć uroczystości. 
Reportaż o tym napisała kiedyś dla „Trybuny Górniczej” Aldona Minorczyk-Cichy. Uroczystość odbywa się na bardzo małej powierzchni – w zrębie, w szybie wyciągowym. Wejdzie tam niewiele osób, w większości dziennikarze. Nie da się zaprosić wszystkich pracowników, więc nie jest to gremialne pożegnanie.
Pamiętam też film, który oglądałam w Muzeum Górnictwa Węglowego, o likwidacji wież szybowych – kadry pokazywały, jak runęła jedna za drugą. Miało się wrażenie, jakby runęło nasze dziedzictwo. Stąd prosty wniosek: kopalnie zamykamy, ale trzeba zachować dziedzictwo i pamięć. Innej drogi nie ma.
Mówi pani o „strzelaniu do wież”. Takie określenie usłyszałam od prezesa stowarzyszenia zajmującego się szybami z Boguszowa-Gorc na Dolnym Śląsku – tam, gdzie zachowała się pozostałość po jednej z najstarszych kopalń w Polsce. Ten pan, już bardzo wiekowy, najpierw opowiedział, jak wiele wież i obiektów wokół Wałbrzycha „wystrzelano” – często na oczach górników, niezgodnie z ich wolą i z ochroną zabytków. Dopiero potem mówił o radości, że ta konkretna wieża przetrwała.
To, co mamy dziś w ramach upamiętniania górnictwa i przemysłu węglowego, także hut, to nierzadko ruiny po krwawej transformacji po 1989 roku. Proces zamykania bywał rabunkowy. Wielu budynków już nie ma – to dramatyczne dla ludzi związanych z tymi obiektami. Ale nie jest to sytuacja bez wyjścia. To mocny impuls, by zastanowić się, jak chcemy upamiętniać.
Często decydujemy się na lokalne upamiętnianie rozproszonych obiektów – to ważne, bo inicjatorami są społeczności lokalne. Brakuje jednak uniwersalnych historii pokazujących, że historia górnictwa w regionie, jedna z najstarszych w Polsce, jest częścią historii kraju. Odwiedziłam niedawno muzeum w Chemnitz, pokazujące całość przemysłu saksońskiego. Turysta dostaje tam spójną opowieść o wpływie przemysłu na kraj. U nas historia przemysłu węglowego jest posiekana. Warto wyjść z impasu związanego z traumą transformacji
1989 roku i spróbować opowiedzieć tę historię bardziej uniwersalnie – to dodaje dumy.
Pracuje Pani nad projektem o roli Kościoła i stowarzyszeń lokalnych w upamiętnianiu dziedzictwa górniczego. Jest już na finiszu. Czego można się po nim spodziewać?
To projekt w ramach programu „Nauka dla Społeczeństwa II”. Poszukujemy stowarzyszeń, które
upamiętniają zamknięte kopalnie – społeczności lokalnych, najczęściej zorganizowanych przez byłych pracowników. Po 1989 roku dużą część pozostałości, ruin, przedmiotów, archiwaliów przejmowały nie muzea, lecz prywatne ręce.
Wiele dokumentów nie przetrwało, ale zachowały się obiekty, obrazy, proporczyki, dyplomy. Najbardziej interesują nas historie mówione byłych pracowników. Fenomenem jest, że powstało i wciąż powstaje tak wiele stowarzyszeń, których celem statutowym jest upamiętnianie konkretnej kopalni. Najwięcej na Górnym Śląsku, ale zajmujemy się trzema zagłębiami: lubelskim, dolnośląskim i górnośląskim.
Przykład: Towarzystwo Miłośników Orzegowa, które zajmuje się jedną z najwcześniej zamkniętych kopalń – Karolem – organizuje barbórki dla najstarszych pracowników. Udało mi
się w kilku takich uczestniczyć – to bardzo wartościowe uroczystości. Na stronie projektu jest już mapa ze zdjęciami i opisami stowarzyszeń. Za kilka miesięcy ukaże się, mam nadzieję, książka po angielsku autorstwa członków zespołu, a są to geografowie, humaniści, ksiądz, pracownik Wydziału Teologicznego.
Kolejny projekt dotyczy wpływu górnictwa i hutnictwa na wysiedlenia...
To bardziej reporterski projekt. Książka „Blizny. Krajobrazy po przemyśle”, którą wydało Wydawnictwo Czarne, miała początkowo pokazywać krajobraz poprzemysłowy. Temat wysiedleń i szkód górniczych mocno ją zdominował. Okazało się, że to duże zagadnienie w historii Polski. Szukałam społeczności wysiedlanych z powodu budowy kopalń węgla brunatnego czy działalności hut – m.in. wokół Huty Głogów, kopalni Bełchatów, Czerwonego
Osiedla przy hałdzie Szczygłowice. Jest sporo osób, które te wysiedlenia sprzed około 40 lat pamiętają i chcą o nich opowiadać.
Tytuł powstał po rozmowach, ale korzenie ma w kulturze lat 70. – u Wilhelma Szewczyka, który pisał o bliznach w „Podróży na Łużyce”, ale także w filmie „Blizna” Krzysztofa Kieślowskiego.
Blizna to coś zagojonego, niekrwawiąca rana. Przemysł ma swoje koszty. Jako pasjonatka jego techniki, architektury i rozmachu zdaję sobie sprawę, że o tych kosztach warto mówić – zwłaszcza historycznie. Często słyszę, że ingerencja górnictwa „poprawia” krajobraz. Nie do końca. Daje pracę i awans społeczny, buduje kraj, ale też czyni szkody.
Porównuje Pani też miasta polskie i czeskie oraz zajmuje się mapowaniem śladów górnictwa.
To są dwa duże projekty Narodowego Centrum Nauki. Pierwszy to „Mapowanie kultury ostatniego zagłębia węglowego w Europie” (NCN 2023/51/I/HS2/01809). We współpracy z Państwowym Instytutem Geologicznym powstaje mapa obiektów istniejących i nieistniejących kopalń oraz hut, a także literatury, filmów, obrazów i fotografii z nimi związanych. Chcemy pokazać, jak silny jest wpływ przemysłu nie tylko na krajobraz (i nie tylko niszczący), lecz przede wszystkim wzbogacający kulturę – od końca XVIII wieku po okres powolnego odchodzenia.
Drugi projekt to „Obrazy i historie czarnych miast” (2024/06/Y/HS2/00058). Efektem będzie książka po polsku i czesku z fragmentami tekstów literackich nigdy wcześniej nieprzetłumaczonych (np. Morcinek po czesku, czescy pisarze po polsku), fotografiami i malarstwem. Pokazujemy wspólnotę wyobraźni, jaką wykształciło to samo zagłębie w dwóch językach i podobnych kulturach. Pokażemy też czarne miasta – niekoniecznie zasmogowane, lecz dumne od węgla. Nikt wcześniej nie robił takiego porównania, w projekcie biorą udział m.in. Ostrawa i nasze miasta, jak Bytom, Katowice.
Na zakończenie – co jest dziś najważniejsze w dbaniu o tę pamięć? Może to, że warto rozmawiać w rodzinach z dziadkami, ojcami, pradziadkami, którzy pracowali w kopalniach – póki jest czas?
Warto chodzić, ogląć, zastanawiać się nad tym.dam, co się widzi, pytać i szukać odpowiedzi. Żyjemy – i to się w naszym regionie nie zmieni – na śladach górnictwa. A te ślady nie mijają tak szybko jak samo górnictwo.
 
Prof. dr hab. Marta Tomczok – historyczka literatury, która od lat bada pamięć o przemyśle ciężkim. Jest autorką licznych publikacji i uczestniczką wielu projektów poświęconych dziedzictwu węglowemu.