Ostatnia szychta na Bobrku

źródło: Trybuna Górnicza

Karol Paściak tuż po studiach rozpoczął pracę na kopalni Bobrek. W marcu ostatni raz zjechał na dół. Wraz z kolegami przenosi się właśnie na ZG Sobieski.
Nikt pewnie nie wyobrażał sobie takiego biegu zdarzeń. Bytomski Bobrek zakończył wydobycie wraz z końcem 2025 r., czyli o 15 lat wcześniej niż pierwotnie zakładała umowa społeczna.
W marcu 2024 r. miał tam miejsce tragiczny w skutkach wstrząs, w wyniku którego jeden górnik zmarł, a pięciu zostało rannych. Po tym wypadku Wyższy Urząd Górniczy orzekł, że bezpieczne fedrowanie w rejonie Bobrek-Miechowice 1 nie jest dalej możliwe.
„Skutkuje to znacznym ograniczeniem zasobów możliwych do wydobycia i koniecznością zakończenia procesu produkcji do końca 2025 roku” – poinformowali pod koniec czerwca 2024 przedstawiciele zarządu Węglokoksu Kraj. Od początku 2026 r. zaplanowano likwidację zakładu.
– No i wtedy, po tej decyzji, to już było takie wypatrywanie końca – mówi smutno Karol Paściak, który przepracował na tej kopalni kilkanaście lat.
Ostatnią szychtę zapamięta na zawsze. To była środa, 18 marca. – Zjechaliśmy na dół z kolegami, jak co dzień. Trzeba było wykonać prace likwidacyjne. Podziękowałem kierownikowi za współpracę, wszystkim za wspólne lata, bo w takim składzie już się nie zobaczymy – podkreśla górnik.
Jakieś uczucia? – Żal, że to wszystko tak się potoczyło – przyznaje.
Tajemnicze schody Reagana
Karol Paściak jest absolwentem Politechniki Śląskiej – Wydziału Górnictwa i Geologii, ma specjalizację z wyciągów szybowych. Pochodzi z Siemianowic Śląskich, mieszka w Będzinie. Jego dziadek i tata pracowali na kopalni Siemianowice, z okien rodzinnego domu spoglądał zresztą na tę kopalnię.
Tata ma nawet foty, jak demontowano wieże szybowe. Pracował na kopalni jako elektryk w głównym rejonie, szybie Richter, potem na pompowni głównego odwadniania i na szybie Bańgów. A jego ojciec w czasie pracy obsługiwał jeszcze maszynę parową – mówi Karol Paściak.
Skończył Technikum Mechaniczne i chciał studiować… biologię. – Ale nie dostałem się na ten kierunek i pomyślałem o Akademii Wojskowej we Wrocławiu. Tuż przed składaniem dokumentów, tata mi powiedział, że z kimś tam rozmawiał o studiach, że może bym wybrał gliwicką politechnikę. I tak zrobiłem, studiowałem dziennie na kierunku mechanicznym. W maju 2012 r. obroniłem pracę, a w sierpniu pojawiłem się na Bobrku – opowiada.
Kopalnia Bobrek należała wówczas do Kompanii Węglowej, a studenci pobierający stypendium mieli obowiązek jego odpracowania w kopalni. – Pracę więc mieliśmy zaklepaną – przypomina.
Dlaczego Bobrek? Przyczyna była prozaiczna. – Nie miałem jeszcze wtedy samochodu, a spod mojego domu jeździł do centrum Bytomia autobus. Tam trzeba było się przesiąść na inny i już było się w Bobrku – śmieje się dzisiaj. – Oczywiście potem kupiłem samochód, dojeżdżałem do pracy 25 kilometrów w jedną stronę – wylicza.
Pierwsza szychta? – Z kierownikiem oddziału MD2 zjechałem na dół, istniały wtedy jeszcze schody Reagana, to było przejście między poziomem szóstym a piątym. Sprawdzaliśmy odstawę – wspomina dzisiaj. – Na studenckich praktykach też zjeżdżaliśmy na dół, więc to nie była dla mnie nowość. Podczas pierwszego miesiąca pracy na Bobrku przechodziłem przez różne oddziały.
Na Bobrku pracował zaledwie miesiąc. Wkrótce bowiem, jako główny mechanik, przeszedł na kopalnię Centrum. Rok czasu spędził tam na oddziale szybowym, niecałe trzy lata na przodkowym. Był sztygarem. – Gdy zlikwidowano kopalnię Centrum, wróciłem na Bobrek, byłem sztygarem na oddziale mechaniczno-przodkowym. Ostatnie pięć lat na Bobrku przepracowałem jako pracownik fizyczny na oddziale MD2 – mówi.
Kopalnia Marcel? Dość daleko
Bobrek miał fedrować do 2040 r. Po ostatnim, śmiertelnym wypadku i decyzji nadzoru górniczego, już wszystko było wiadomo. 800 pracowników zostanie przeniesionych do innych kopalń, 650 będzie pracować przy likwidacji zakładu.
 Ostatnie półtora roku pracy było ciężkie, część załogi nie miała już serca do pracy, ale zdecydowana większość nie spoczęła na laurach, była praca do wykonania. I było też wśród nas oczekiwanie na umowę społeczną, kiedy zostanie przyjęta – opowiada górnik. – Nikt nie myślał, że tak się to skończy, kopalnia miała przecież niezłe perspektywy. Nowe pole miało być otwierane, ale WUG odrzucał sposoby eksploatacji w rejonie miechowickim. Początkowo jeszcze mieliśmy nadzieję, że los się odwróci, że uda się zacisnąć pasa i jakoś to wszystko uratować. Człowiek myślał, że dorobi na tej kopalni do emerytury, bo zostało 12 lat...
Pierwsze alokacje przyszły na kopalnię Marcel. – Dla mnie byłoby za daleko, 80 kilometrów od domu. Potem zresztą zmieniono ją na kopalnię Jankowice, ta już leżała trochę bliżej. Jednak ja od razu wiedziałem, że chcę przejść na Zakład Górniczy Sobieski. To porównywalna odległość, jak na Bobrek, 21 kilometrów w jedną stronę – wylicza. – W pierwszym rozdaniu załapało się tam kilkunastu mechaników, elektryków z oddziału MD1. Potem przyszła informacja, że chcą więcej i powstała nowa lista – relacjonuje Karol Paściak. 
Dodaje, że niektóre osoby same się zwolniły, jeden z jego kolegów przeniósł się do KGHM. – Też o tym myślałem, ale czekałem na umowę społeczną. Gdyby nie przyjęli jej do końca 2025 r., chyba zdecydowałbym się na KGHM. Tylko wiązałoby się to z przeorganizowaniem całego rodzinnego życia – podkreśla.
Po ostatniej szychcie na Bobrku, górnicy musieli wybrać wolne, nie można przejść z urlopem do nowego pracodawcy. – Miałem kilka dni wolnego, podbiłem obiegówkę, załatwiłem badania, mam wypowiedzenie. 1 i 2 kwietnia przechodzę szkolenie BHP na kopalni Sobieski – wylicza Karol Paściak. – Na dole zostały dwa przenośniki taśmowe do zlikwidowania, potem rurociągi i zostanie sprzątanie. Tam już będzie robota dla ratowników, trzeba będzie stawiać tamy i zalewać wszystko – dodaje. 
Cieszy się, że przechodzi na kopalnię, gdzie nie ma problemu z metanem. – Zależało mi na tym. Na Sobieskim jest za to problem z wodą, na przodkach ze ścian woda leci – mówi Karol Paściak. – Na szczęście nigdy nie zmierzyłem się z tragedią na kopalni, przeżyłem większe wstrząsy. Tylko raz, pamiętam, jak był zawał i w przodku zasypany został ślusarz, my wchodziliśmy do pracy na kolejną zmianę. Bardzo ciężko się wtedy pracowało – opowiada.
Razem z nim na ZG Sobieski będzie pracować sztygar, były kierownik jego oddziału i kilku kolegów.
Z przykrością mówi o hejcie na górników, że za dużo zarabiają, że wezmą 170 tysięcy złotych odprawy. – Zarobki brutto może i są wysokie, ale „na rękę” to już tak nie wygląda. Nie sądzę, że zarabiamy dużo więcej niż przedstawiciele innych zawodów. A to jest taka ciężka praca. Jak ktoś nie był na dole, to sobie z tego nie zdaje sprawy i nigdy tego nie zrozumie – podkreśla.
Wieża wodna. Nasza jest niespotykana
W wolnych chwilach fotografuje, interesuje go fotografia przemysłowa, a z grupą przyjaciół zwiedza opuszczone kopalnie rud metali, głównie w Czechach, na Słowacji, rzadziej w Rumunii. Na swoim facebookowym profilu umieszcza zdjęcia z wypraw.
30 grudnia 2025 r. z kopalni Bobrek symbolicznie wyjechał na powierzchnię ostatni wagonik z węglem. – Szyb został tego dnia przygotowany na to wydarzenie, dwa wagoniki wypucowane. Oglądałem później relację w internecie – mówi Karol Paściak.
Chciałby, żeby po kopalni Bobrek wszystko zostało zachowane. – Nie wyobrażam sobie, żeby mogły zniknąć wieże szybowe Zbigniew i dwulinowy Bolesław. Proszę spojrzeć, jaką mamy na Bobrku charakterystyczną wieżę wodną, obudowaną blachą falistą w bordowym kolorze. Jest niespotykana. Wystarczy tylko zobaczyć ją na zdjęciach i już wiadomo, że to Bobrek – zwraca uwagę.

Bobrek